FANDOM


No to pora na moje opełko. Od razu mówię, że nie ma ono nic wspólnego z ST. I jeszcze powiem, że nie obchodzi mnie, że wszystko stało się "jedną wielką kupą słów" i nie będę tego pobrawiać C:

Część pierwsza - Sierota

Rozdział 1

Siedziałem na chodniku. Z nieba zaczęły spadać krople wody, na początku powoli, a później szybko. Była ulewa. Smutno stwierdziłem, że nic nie sugerowało, że zaraz się skończy. Skulony siedziałem i wypatrywałem kawałka nieba, który niebyłby szary. Za chwilę i go pokryją ciemne i mroczne chmury. Nie martwiłem się o to, że przemoknę. Jak znów zacznie świecić słońce, to wyschnę. Niespodziewanie ujrzałem byłyskawicę, a po paru minutach usłyszałem grzmot. Najgorsze czego mogłem się spodziewać, burza. Ze zrezygnowaniem, zapukałem do czyjegoś domu. Niesądziłem, że mnie wpuszczą, ale zawsze warto spróbować. Najgorsze co mogło mnie spotkać to parę nie miłych słów oraz bicie. Po paru minutach otworzyła kobieta, z mokrymi włosami i beżowym szlafrokiem. Z jej oczu wyczytałem, że nie była za bardzo wesoła. Nakrzyczała na mnie. Wzięła leżącą obok niej torbę i zaczęła mnie nią walić po głowie. Później przestała i zamknęła mi drzwi przed nosem. Ponownie podszedłem do muru oparłem się o niego. Czułem wieki ból. I fizyczny, i psychiczny. Czułem się jak wystraszone zwierze po usłyszeniu fajerwerki. Powoli opadłem na ziemię. Mokra podłoga schłodziła mnie mocno. Zamknęłem oczy i w głowie powtarazałem sobie melodię piosenki, wspomnienia z dzieciństwa. Dawno już zdążyłem zapomnieć słów, ale wydaje mi się, że była ona o słonecznym dniu. Ponownie usłyszałem głośne grzmotnięcie. Drzwi domu, do którego wcześnie pukałem otworzyły się. Szybko wstałem i spojrzałem się w ich stronę. Tym razem stał tam brodaty pan gestem, bym wszedł do środka. Posłusznie wszedłem. Koło pomalowanych na brązowo drzwi stała ławka na buty i wieszak na kurtki i bluzy. Właściwie nie musiałem zdejmować niczego, gdyż nie nosiłem butów ani kurtki. Szczerze to, nie nosiłem nawet skarpetek. Stałem teraz na czymś miękkim. Spojrzałem na dół i ujżałem puchaty dywan. Brodacz zaprosił mnie do salonu. W środku była wściekła kobieta, ta sama co poprzednio mi otworzyła. Pan podał mi ręcznik, a sam odbył długą rozmowę z tą kobietą. Usiadłem na wygodnej kanapie i wytarłem się z wody. Przyszła do mnie jakaś dziewczyna, miała długie, prawie białe włosy i podobną do nich, białą cerę. - Hej. Jak się nazywasz? - spytała niepewnie. Spojrzałem na nią ze zdziwieniem, gdyż kompletnie nie rozumiałem jej słów. - Jak nie chcesz nie mów. Ja jestem Ewa. - Ewa... - powtórzyłem kompletnie nie miejący pojęcia o czym mówi dziewczyna. Z ciekawością popatrzyłem się na nią. Tamta kobieta i tamten mężczyzna wrócili. Na twarzy brodacza dało się zauważyć siniak. - Dobrze zgodzę się, ale jeśli nie będę miała z nim nic wspólnego - odrzekła. Moje włosy nadal były mokre i zamoczyły część kanapy. - Tata, mogę pożyczyć mi suszarkę? - spytała dziewczyna zauważając to. - Jasne - powiedział. Po jego twarzy, było widać, że cała sytuacja go zdenerowowała. - Choć! - zawołała do mnie i złapała mnie za rękę prowadząc mnie gdzieś. W krótkim czasie doszliśmy do miejsca. Pokój był mały, pełny kolorowych kafelek. Dziewczyna wyjęła czarne użądzenie i pokazała mi jak się je włącza. Moje czarne włosy popychane dmuchem suszarki poleciały na wszystkie strony. Po około dziesięciu minutach udało mi się je wysuszyć. Teraz jedynak moje włosy dosięgające do moich ramion zupełnie ułożyły się, każdy w inną stronę. Dziewczyna ponownie złapała mnie za rękę i zaprowadziła do innego pokoju. Tym razem był to turkusowy pokój, średniej wielkości. Pokazała mi, żebym usiadł na łóżku, a ja to zrobiłem. Wyjęła parę małych gumek z zielonego pudełeczka, a drugą ręką chwyciła szczotkę. Usiadła za mną i próbowała rozczesać moje rozczochrane włosy. Nie było to łatwe z dwóch powodów. 1. Nigdy nikt nie próbował ich rozczesać i przez ten czas mocno się poplątały. 2. Między mną, a nią była dość zauważalna różnica wzrostu. Może to ja byłem bardzo wysoki, albo ona bardzo niska, albo jedno i drugie. Pomimo, że dziewczyna starała się delikatnie mnie czesać, nie udawało się to jej. By jej nie urazić, udawałem, że wcale nie czuję bólu. Moich poczochranych włosów niestety nie dało się bez boleśnie uczesać. Dziewczyna przestała nagle i walnęła się ręką w głowę. - Głupia! Zapomniałam, że przecież ty możesz mnie nie rozumieć - powiedziała do siebie. Po chwili znów zaczęła mnie czesać. Gdy nie miałem już żadnych kołtunów zaczęła mi robić parę małych warkoczyków. - Skończone! - odrzekła z radością. Zauważyłem, że od wczoraj nic nie jadłem. Jedyne jedzenie jakie otrzymuję to trochę chleba i wody od pewnego mężczyzny. Popatrzyłem się smutno na mój brzuch. Dziewczyna chyba mnie zrozumiała, bo zabrała mnie gdzieś i zrobiła mi kanapkę. Włożyła do niej zupełnie nie znane mi składniki. Powoli ugryzłem kanapkę. Ku swojemu zdziwieniu smakowała ona strasznie pysznie. Uśmiechnęłem się do dziewczyny i zjadłem z apetytem posiłek. Nalała mi także czegoś żółtego do szklanki. Z ciekawością spróbowałem napoju. Był równie dobry jak kanapka. Dziewczyna ponownie zaprowadziła mnie do pokoju. Położyła się tam na fioletowej kanapie, która miała odcień śliwki, pózniej z niej zeszła i pokazała bym tak zrobił, więc posłuchałem się jej. Okryła mnie tęczowym kocykiem, a sama gdzieś poszła. Później wróciła przebrana. Zgasiła światło w pokoju i położyła się na łóżku. Ziewnąłem i zamknęłem oczy. Po paru minutach zasnęłem. Gdy ponownie się obudziłem dziewczyna czekała na mnie. A, jak wstałem wyciągnęła mnie na dwór i razem usiedliśmy na trawie. Wskazała na siebie i powiedziała "Ewa. Ja, Ewa". Powoli zaczynałem rozumieć. Poźniej Ewa zapytała się "Ty...?" Nastała cisza. - Hm... - Dziewczyna zaczęła się nad czymś poważnie zastanawiać, po czym odrzekła - Ty, Adam. Po chwili powtórzyłem. - Nie - pokręciłam głową i zaśmiała się. - Ty to ja, a ja to ty. Po namyśle odrzekłem - Ja, Adam. Ty, Ewa?... - Tak! - Pokiwała głową. Przyszedł także brodaty mężczyzna. Dziewczyna powiedziała "Grześ". - Uczysz go mówić? - spytał. - Tak - odpowiedziała z satysfakcją. - Nawet znam jego imię. - Ja Adam, ty Grześ? - spytałem się patrząc się na niego. - Tak, Grześ - odpowiedział po czym dodał do Ewy. - To naturalne, że on ma takie wielkie oczy? - Nie wiem - odrzekła. - Ale to czyni go wyjątkowym! Straciłem uwagę Evą i Grzesiem i z zaciekawieniem wpatrywałem się w trawę. Dziewczyna zauważając to dodała - To trawa. - Ja Adam, to trawa? - spytałem dla pewności. - Tak. Trawa. Po chwili przyszła tu także ta kobieta. Nadal nie miała nastroju. - Agata - powiedziała Eva. - Właśnie, kiedy kupimy mu nowe ciuchy? - Co?! - Wybuchła Agata. - To jemu jeszcze trzeba coś kupować?! Mogłam się nie zgodzić... - Tak. - Dziewczyna nie traciła humoru. - Chyba nie będzie chodził ciągle w tych samych ciuchach, co? - Nie martw się kochanie. Nie będziesz przecież musiała jechać z nami. Mówiłem, źe nie będziesz się musiała nim zajmować - odrzekł spokojnie brodacz. - A kiedy to zrobimy? - z niecierpliwością spytała Eva. - Możemy już dzisiaj. - W takim razie wsiadajmy już do samochodu! - Złapała mnie za rękę i wsiadła ze mną na tylne miejsca pomarańczowego pojazdu. - Długo będziemy jechać? - Niezbyt. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że jako jedyny kompletnie nie wiem co się dzieje. Z wielkim zaciekawieniem wpatrywałem się w okno. Eva jednak odciągnęła moją uwagę od niego. Wskazując na moje stare, niebieskie jeansy powiedziała "jeansy", a na moją długą bluzę "bluza". Również zrobiła tak ze swoimi ubraniami. Dzięki temu powoli zaczynałem rozumieć co te słowa oznaczają. I właściwie na tego typu czynościach zleciał nam czas. Dotarliśmy do wielkiego... Nie. Ogromnego centrum.  Wysiedliśmy z samochodu i skierowaliśmy się w stronę sklepów, Dawniej były one dla mnie nie osiągalne, ale od wczoraj wszystko się zmieniło. Weszliśmy do jednego i nawet nie wiedziałem na co patrzyć, gdyż wszędzie było pełno ubrań. Eva z Grzesiem wybrali parę i zaprowadzili mnie do przymieżalni. Co prawda musieli pokazać mi co właściwie się tam robi, ale w końcu zrozumiałem. Szybko stwierdziłem ci na mnie pasuje a co nie. Kupili mi 3 spodnie i tyle samo koszulek. Po tem weszliśmy do kolejnego sklepu, ze skarpetkami i z butami. Razem wybraliśmy jakieś buty zapinane na rzepy. Moje stopy z początku nie chciały mieć czegokolwiek na sobie, ale później się przwyczaiły. Skarpetek jednak nawet nie chciałem widzieć. Wystarczyło to, że znaleźliśmy chociaż jedną parę butów, którą chciałem, a raczej mogłem nosić. Na życzenie Evy poszliśmy jeszcze do małej lodziarni. Chociaż nawet nie prosiłem dostałem jednego loda. Nie wiedząc jak poprawnie się go je ugryzłem białą kulkę, jednak to był wielki błąd. Zęby zabolały mnie od zimna. Z niesmakiem pozbierałem się, i zauważyłem jak Eva je loda. Po prostu go lizała. Postanowiłem więc zrobić to samo. Ach... Teraz lód smakował tak... Słodko. Posmutniałem, gdy skończyłem go jeść. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do domu. Tym razem Eva zamierzała nauczyć mnie ile lat ma Wskazując na siebie powiedziała "16", a na Grzesia "45". Nauczyła mnie także w trakcie drogi kolorów. Teraz przynajmniej wiedziałem parę podstawowych rzeczy. Samochód w tym czasie zdążył dojechać. Wysiadliśmy z niego, a ja wziąłem swoje ubrania. Weszliśmy do domu. Zdawał się on być zbyt cichy. - Dziwne, mamy nie ma w domu, a przecież nie mówiła, że nigdzie nie będie wchodzić - zdziwiła się Eva. Nagle za nami otworzyły się drzwi. Do domu weszli groźnie wyglądające faceci. - C-Co się stało? - Spytał nie pewnie Grześ. - Mamy pańską żonę. Uwolnimy ją pod warunkiem, że dacie na jego. - Wskazał na mnie. - Ja Adam, ty...? - spytałem zupełnie niczego nieświadomy, mężczyznę w okularach. - Znacie go? - spytała Eva. - Można tak powiedzieć - odpowiedział. Ponieważ nie usłyszałem odpowiedzi na swoje pytanie powtórzyłem je, nieco głośniej. - Nie. - Powiedziała do mnie Ewa i pokręciłam stanowczo głową. - Eva, widzę, że nie mamy innego wyjścia... - odrzekł smutno brodacz. - Wiem... - Nagle dziewczyna zalała się cała łzami i wybiegła z pokoju. - Weźcie Adama, ale proszę oszczęście moją żonę! - błagał Grześ. Owłosiony mężczyzna wrzucił mnie na siedzenie furgonetki. Inny wziął z tyłu pojazdu Agatę i dał ją Grzesiowi. Za kierownicą usiadł mocno umięśniony mężczyzna, zapewne dówdca tej grupy, a reszta mężczyzn weszła do tyłu furgonetki. By chociaż coś wiedzieć spytałem się znów "Ja Adam, ty...?" - ...Manfred - dokończył. Uśmiechnęłam się do niego zupełnie nie wiedząc w jak złej jestem sytuacji. Manfred zaśmiał się, a ja razem z nim. Dojechaliśmy do dużego budynku. Wysiedliśmy z pojazdu, a mężczyzna z blond wąsami spytał się Manfreda - On nic nie rozumie, więc jak to zrobimy? - Zapomniałeś już? Gary świetnie się na tym zna! - Razem z mężczyzną wszedłem do budynku. Zaprowadził mnie do pokoju, gdzie był ciemnoskury. - To Gary - powiedział Manfred. - Gary, on nie jest w stanie nam niczego powiedzieć, ponieważ kompletnie nie wie jak się porozumiewać. - Rozumiem. Zostaw mnie tu z nim. - Manfred wyszedł i z hukiem zamknął za sobą drzwi.

Rozdział 2

- Powtórzę jeszcze raz! GDZIE ONE SĄ?! - Pyta z niecierpliwością Manfred. - A ja powtórzę, że naprawdę nie wiem gdzie - powiedziałem. - NIE! GADAJ PRAWDĘ TY... - Nie dokończył ponieważ Gary mu przerwał. - Spokojnie,  Fred. Jak widać przez ten wypadek stracił zbyt dużo pamięci... - Ale wiesz jakie to dla mnie ważne... Tak bardzo chcę, żeby nasza rodzina była znowu razem. Takim sposobem ten dziewiętnastolatek mnie wykończy... - Jesteś moim ojcem? - spytałem niepewnie. Jego słowa wywołały na mnie nie małe zdziwienie. - NIE! To znaczy... NIC NIE SŁYSZAŁEŚ! Gary odwieź go do domu. - Zgarbiony mężczyzna przyszedł, złapał mnie i zaprowadził do furgonetki. - Czy możesz mi to wyjaśnić? - zapytałem zamykając okno. - Daj spokój, nie musisz już udawać. Nikt nas nie usłyszy - odparł, a samochód wjechał na drogę. - Racja, ale zrobiłem to ponieważ się jakoś przyzwyczaiłem. - Ale teraz możesz się odzwyczaić. Manfred tego nie wytrzyma. Musisz powiedzieć mu prawdę. - Ale to takie ciężkie... Boję się jego reakcji. - Niestety nie ma innego wyjścia... - W takim razie zawróć i pojedź do niego. - I na to czekałem - uśmiechnął się do mnie i zaczął prowadzić furgonetkę do mojego ojca. Gdy już dojechaliśmy zniecierpliwiony otworzyłem drzwi pojazdu i nie zamykając ich wbiegłem do budynku. - Tato! Tato gdzie jesteś?! - zaczęłem krzyczeć we wszystkie strony. Zaniepokojący Manfred wybiegł z jakiegoś pokoju i pędem pobiegł do mnie. - Evan, co chciałeś mi powiedzieć? - spytał się, gdy już do mnie dobiegł. - Kto ci powiedział?! - zdziwiłem się bardzo. - Sam się domyśliłem, gdy zacząłeś krzyczeć jak wtedy gdy było trzęsienie ziemi... Byłeś wtedy przy Meg i Heater. Na prawdę nie wiesz gdzie one są? - Tak się składa, że uciekłem... Tak jakby razem z Heater... Widziałem mamę w oddali, która powiedziała, żebyśmy uciekali, a sama zajęła się zabraniem chociaż jednej pamiątki. I wtedy, gdy z ukrycia ją obserwowaliśmy zamaskowany bandyta ją porwał. Heater od razu pobiegła za nim. Obserwowałem ich tylko przez moment. Heater i Meg już później nie wróciły. Chwilę po tym moje "schronienie" zaczęło mi się walić. - Ech... - westchnął. - Ile bym dał, za jej śliczne, rude włosy, które splątywałem jej w warkocz. Ile bym dał, za jej przepiękną grę na skrzypcach - zaczął opisywać atrybuty Heather. - Ale nadal masz moje włosy! Może i nigdy nie dorównają, długim, zadbanym włosom mojej siostry, ale... - spróbowałem go pocieszyć. - Miło, że to robisz, ale nie musisz, jeśli takie włosy ci się nie podobają... - dotknął moich włosów układających się we wszystkie strony. - Można powiedzieć, że do mnie pasują. Nie martw się, bardzo je lubię. - Może jednak skończycie tę gadaninę i pojedziecie do zmartwionej Ewy? - spytał wszystkiemu przyglądający się wujek. - Ewa! No tak muszę jej wszystko wyjaśnić! Tato, zaprowadzisz mnie do niej? - Nie tak prędko mały! - krzyknął z dezaprobatą Gary. - Czy na pewno dobrym pomysłem jest mówienie jej wszystkiego? - Po pierwsze mam już prawie 190 cm wzrostu! A po drugie, chyba nie... - Właśnie... Powiedz jej, że pomyliliśmy cię z inną osobą - odrzekła Fred. - Okej... A teraz zawiezieś mnie wreszcie do Ewy? - Jasne! Mój ojciec, razem z ciemnoskórym odwieźli mnie zieloną furgonetką do niebieskiego domu. - To pa... - powiedział równocześnie tata i mój wujek. - pa... - porzegnąłem się i otworzyłem drzwi. Od razu powitała się ze mną Ewa przytulając się do mnie. - Hej...? - Nauczyli cię mówić? - spytała z wielkim zdziwieniem - Tak... Jakby... Ewa, chciałbym powiedzieć ci więcej, ale to tajemnica... - Masz przede mną tajemnice? - Tylko kilka - niechętnie się przyznałem. - I niech natych kilku zostanie - odrzekła stanowczo. - Jutro w szkole mamy dzień sportu. Może byś przyszedł? - Spoko. Ale o której jest? - O 12:30. - W takim razie czekaj tam na mnie - powiedziałem z entuzjazmem.

Rozdział 3

Na boisku zebrało się już dużo osób. Niektóre dziewczyny niekryły tego, się im spodobałem, np. pytając się kim jestem Ewy, pozostałe albo wyglądały na obojętne, albo brzydziły się mną. Czesanie moich kudłów za bardzo mi nie idzie... Ewa złapała swoje białe włosy w kucyk zawiązany niebieską gumką. Ubrała się również sportowo, a ja po prostu założyłem najlepsze ubranie, jakie do tego pasowało, czyli pomarańczową bluzkę szybkoschnącą i czarne sportowe spodnie. Pierwszą konkurencią była piłka nożna. Kiedyś, jak miałem 12 lat często w nią grałem z kolegami. Niestety właśnie, gdy miałem dwanaście lat stałem się sierotą. Od tego czasu straciłem chcęć na piłkę nożną. Jeden z nauczycieli spytał się mnie czy chcę zagrać, a chcąc, nie chcąc zgodziłem się. Grałem w klasie Ewy. Niezbyt wiedziałem co właściwie mam zrobić. Przypadkowo przewracałam się przy każdej okazji, czy to zapatrzyłem się na coś, bądź potknąłem się, lub moje włosy zasłoniły mi oczy. Nagle ktoś z przeciwnej klasy kopnął piłkę w moją stronę. Znów upadłem na ziemię powalony przez mocną czarno-białą kulę. Nie miałem siły się podnieść. Leżałem i próbowałem znieść ból spowodowany upadnięciem. Pomogła mi jakaś blondynka. Podała mi rękę i powiedziała, że zaprowadzi mnie do pielęgniarki. Poszliśmy w stronę pomarańczowego budynku. Gdy się jej nieco przyglądnełem zauważyłem, że wygląda "plastikowo". Ubrana była w krótkie, jeansowe spodnie i mocno różową koszulkę. Na jej twarzy było widać makijaż dobrany do stroju. - Czemu, gdy jest dzień sportu nosisz makijaż? - spytałem niepewnie. - Bo muszę ładnie wyglądać?... Widzę, że ty jednak nie przejmujesz się za bardzo wyglądem - śmiesznie wyglądało, gdy dziewczyna miejąca około 170 cm wzrostu próbowała dorównać mi, miejącemu około 190. - A powiesz mi, czemu, skoro między nami jest ogromna różnica chcesz się ze mną zadawać? - Bo ja... Znalazłam Heather. - W jednej chwili na mojej twarzy pojawiło się ogromne zdziwienie. Gdy tylko Ewa mnie "przygarnęła" moje życie moooocno się odmieniło. - Gdzie ona jest?! Skąd wiesz o Heather?! Czy jest coś czego jeszcze nie wiem?! - Wybucham. - Spokojnie... Nie mogę ci wszystkiego zdradzić, ale zaprowadzę cię już teraz do niej, gdy nie będziesz się mnie o tyle pytał. Zgadzasz się? - Właśnie zadała mi jedno z najtrudniejszych pytań w moim życiu. Prawie w ogóle jej nie znałem, a ona już się mnie pyta. Bardzo chciałbym wiedzieć skąd ona tyle wie... - Tak, zgadzam. - Więc chodźmy - powiedziała, złapała mnie za rękę i wybiegła z terenu liceum. Biegliśmy tak parę uliczek, a później skręciliśmy w ślepą uliczkę. Otworzyła jakieś drzwi  i weszła do pokoju, w którym panował półmrok. - Nie rozumiem... Dlaczego Heather jest tutaj? - Zaraz wszystko zrozumiesz. - Na jej twarzy pojawił się chytry uśmiech. Pułapka! To pułapka! Nie zdąrzam jednak niczego powiedzieć, ponieważ ktoś od tyłu zakleja mi usta taśmą i związuje ręce oraz nogi. Słyszę uradowany śmiech osób, które są w tym pokoju. Po paru godzinach ktoś włącza światło. W pokoju, oprócz mnie jest tylko jedna osoba. Patrzę się na nią ze zmartwieniem w oczach. - Jeśli nam wszystko powiesz nie musisz się bać... - mówi i odkleja mi taśmę. - To zależy co mam wam powiedzieć - odpowiadam wściekły. - Co wiesz o skarbie przechowywanym przez rozdinę Hallybut? Hallybut, nie słyszałem tego nazwiska od dawna. To nazwisko mojej rodziny. Rodziny, do której zaliczają się Mag, Manfred, Heather, Evan i nie narodzone jeszcze przez Mag dziecko. - Mam być szczery? - Jak najbardziej. - W takim razie powiem prawdę. Wiedzę o skarbie otrzymywało najstarsze dziecko w rodzinie, a później jego najstarsze dziecko. Jeśli jednak ta osoba nie będzie miała dzieci, to wiedza przechodzi na najstarsze dziecko w rodzinie, nie licząc tamtego. Heather chciała mieć dziecko, więc do mnie nie miejcie pretensji. - Kłamstwo. Wszyscy członkowie rodziny o nim wiedzą. - Heather nic nie wie. Albo umie wytrzymać tortury... - Torturowaliście ją?! - Mocno się wściekam. - Tak, jak inaczej mielibyśmy wydobyć od niej wiedzę? - pyta spokojnie. - W każdym razie ja nic o nim nie wiem - skłamałem. - Mamy użyć nasz machin do tortur? - Gdy powiem wam, że nic o nim nie wiem zabijecie mnie, a gdy powiem wam, że nic o nim nie wiem, co byłoby kłamstwem też byście mnie zabili, dobrze myślę? Tak czy siak mnie podejrzewacie? - Można tak powiedzieć. To nasza metoda zastraszania - Znaczę wiele dla niektórych osób, czy zabijanie mnie, nie wywołałoby buntu, zabijaniem niewinnej osoby? - kolejne kłamstwo. Powiedziałbym prawdę, gdyby nie to, że wiem, jak ważny dla mojej rodziny jest skarb. - Widzę, że nieźle myślisz, ale znajdziemy wszystkich, dla których "coś" znaczysz i zagrozimy im śmiercią, gdy będą chciały komuś powiedzieć o twojej śmierci. - Więc mówisz, że zginę? - Nie. Zginiesz jeśli nam nic nie powiesz. - Manfred, on będzie się strasznie smucił, gdy umrę, a jednak powinienem strzec tego skarbu. Również Ewa będzie smutna... - W takim razie... - Przede mną stała wielka i znacząca decyzja. Zginąć dla rodzinnego skarbu, lub przeżyć dla rodziny. - ...Powiem wam wszystko. - I na to czekałem - szczeży się.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.